Antykomunista-antyterrorysta


Kiedy w latach 70tych i 80tych filmy z Bondem święciły sukcesy na Zachodzie, za żelazną kurtyną ich wyświetlanie zakazywała cenzura. Czemu się dziwić, kiedy agent 007 był antykomunistą.

Stosunki z Rosją

Po tym jak upadł mur berliński, mogło się wydawać, że walczący z Rosjanami agent nie będzie już miał nic ciekawego do roboty. Producenci nie mogli zrezygnować z bohatera, który przez lata stał się legendą i znosił dla nich złote jaja. Na ekranie, po kilkuletniej przerwie trwającej od 1989 do 1995 roku, pojawiły się kolejne cztery „Bondy” z Piercem Brosnanem w roli głównej. Były zrobione z przymrużeniem oka, nutką ironii puszczanej na wschód. W „GoldenEye” Rosja przestała być groźna, stała się raczej… śmieszna.

Walka ze ścianą wschodnią

Wkrótce zorientowano się, że walka Zachodu ze Wschodem już się nie sprawdza, a scenariusze zaczęły więc mieć nowych czarnych bohaterów. W Jutro nie umiera nigdy był nim potentat telewizyjny, który dla własnej potęgi usiłuje wywołać konflikt między Ameryką i Chinami, a w filmie Świat to za mało, terrorysta próbujący zapanować nad światowymi zasobami ropy.

Przeciw terroryzmowi

Prawdziwą rewolucję poczynił w bondowskiej serii Daniel Craig. Jego Bond, odkrywając powiązania władzy i biznesu, mocno stąpa po ziemi. Dostał też nową biografię. Poprzedni, urodzony około 1920 roku, byłby już przecież po siedemdziesiątce. Ten pojawił się na świecie 13 kwietnia 1968 roku, w skromnej rodzinie, służył w Iraku, Somalii, Iranie, Libii, Bośni. Craig nie dysponuje gadżetami rodem z „Gwiezdnych wojen”. Wystarczają mu: dobra komórka, nowoczesny samochód i wszyty pod skórę chip, ułatwiający kontakt z bazą. Nie ma nadludzkiej siły, bywa pokiereszowany i zmęczony. Jest inteligentny, trochę przegrany. I jak sam mówi, „ma w dupie, czy martini będzie wstrząśnięte czy mieszane”.

Komentuj

banner