Nieużywana licencja na zabijanie


Filmowy James Bond, agent z licencją na zabijanie, ma na koncie 564 osoby. Nowa monografia wywiadu brytyjskiego ujawnia, że w rzeczywistości agenci MI6 jak ognia unikają zabijania wrogów.

W końcu już wiemy. James Bond to wielkie oszustwo. W swojej monumentalnej historii wywiadu wojskowego MI6, obejmującej lata 1909-1949, profesor Keith Jeffery rozprawia się z jednym z najstarszych i najdłużej funkcjonujących mitów na temat brytyjskich służb wywiadowczych. Głosi on, że w szpiegowskiej robocie zabijanie jest na porządku dziennym. Zaprezentowana prasie we wtorek praca nosi tytuł „MI6: The History of the Secret Intelligence Service”.

W powieści Iana Fleminga Bond zyskuje status „00” – otrzymuje licencję na zabijanie – dzięki zabójstwu pewnego japońskiego szpiega na 36. piętrze nowojorskiego Rockefeller Center.

We wszystkich filmach, gdzie słynny agent występuje w roli głównej, z jego ręki giną 564 osoby.

Zdaniem Keitha Jeffery’ego podczas pierwszych czterech dekad istnienia MI6 jego ludzie uczestniczyli raptem w bezprawnym zgładzeniu dwóch osób. Jedna zginęła w wypadku. Na drugiej – podwójnym agencie pracującym także dla Francji – egzekucji dokonał francuski ruch oporu. Odbyła się ona prawdopodobnie za cichym przyzwoleniem szefów MI6, ale bez wydania specjalnego rozkazu.

W żargonie szpiegowskim operację wywiadowczą związaną z ewentualnym zgładzeniem celu nazywa się mokrą robotą. Jeden z najbardziej godnych uwagi aspektów historii MI6 polega na tym, że owa mokra robota wcale takową nie była.

Prawda – brytyjscy szpiedzy i ludzie prowadzący ich siatki byli bezwzględni i pozbawieni skrupułów. Nagminnie łamali prawo, kłamali na potęgę i zachęcali obywateli zarówno krajów sojuszniczych, jak i wrogich do donoszenia i zdradzania tajemnic ich rządów. Dawali w łapę, podsłuchiwali, włamywali się wszędzie, gdzie tyko można, i uwodzili – agenci kobiety, agentki mężczyzn. Ale nie zabijali ludzi.

Na zabójstwa patrzono krzywym okiem. Nie dla przesadnej przyzwoitości czy delikatności, lecz z powodów aż do bólu pragmatycznych. MI6 nigdy nie chciał ani nie potrzebował licencji na zabijanie. Jego ludzie wiedzieli bowiem, że zabicie wyznaczonego celu po stronie wroga to zadanie niezwykle trudne, podejrzane moralnie i często wywołujące skutki przeciwne do zamierzonych. Ponadto każda taka śmierć groziła powstaniem kultu męczennictwa. Zabójstwa zmieniały czasem bieg historii, rzadko jednak – sposób myślenia człowieka.

Casino Royale (2006) 1

MI6 świetnie zdawał sobie sprawę z takich zależności. Jak ognia unikał bezprawnych zabójstw – nawet w samym sercu zmasowanych działań wojennych.

Dziś tego typu stanowisko atakuje się z wielu stron. CIA na przykład coraz częściej używa samolotów bezzałogowych do śledzenia kryjówek i zabijania osób podejrzanych o terroryzm. Tego typu akcje eufemistycznie nazywa się likwidowaniem celu. Wspieranych przez poszczególne państwa zabójstw na zlecenie dokonuje się od Dubaju po Londyn.

Administracja Baracka Obamy na szeroką skalę stosuje tajny sposób likwidowania wrogów poprzez atakowanie ich kryjówek samolotami bezzałogowymi. Swoje działania usprawiedliwia tym, że cele, które likwiduje na granicy pakistańsko-afgańskiej, w Somalii czy Jemenie, to znani terroryści i przywódcy rebeliantów. CIA twierdzi, że ludzi tych można likwidować w sposób „czysty”, skuteczny i z minimalnym lub żadnym ryzykiem w kwestii strat własnych. Szefowie amerykańskich szpiegów uważają, że powinni w dowolny sposób rozprawiać się ze swoimi wrogami.

W 1944 roku brytyjscy dowódcy siatek szpiegowskich spotkali się z analogicznym problemem. I doszli do wniosków dokładnie odwrotnych.

Komentuj

Podobne strony:
banner